
Pokazaliśmy w meczu z Portugalią, że polscy piłkarze potrafią. Dlatego denerwuje mnie, że podczas każdej rozmowy o polskiej piłce słyszę narzekania i skargi, ale nikt nigdy nie powiedział, co zrobić, żeby było lepiej - mówi Gazecie Leo Beenhakker, trener reprezentacji Polski.
Michał Pol i Rafał Stec: Gdyby Polska dziś znów grała z Portugalią, upatrywałby Pan w niej tym razem faworyta?
Leo Beenhakker: Nie. Portugalczycy mają znacznie wyższe umiejętności, nieprzypadkowo zajęli czwarte miejsce na mundialu. Ale na tym polega piękno futbolu, że lepsza drużyna nie ma żadnych gwarancji zwycięstwa. To nie tenis. Zwłaszcza w ostatnich latach w piłce wszystko jest możliwe. Skoro Cypr mógł pokonać Irlandię, a Macedonia zremisować z Anglią, dlaczego dziwić się wygranej Polski z Portugalią?
Szokiem dla nas był przede wszystkim porywający styl tego zwycięstwa. Pan też był zaskoczony?
- Nie byłem, bo cały czas pracujemy, żeby tak właśnie grać. Ustaliliśmy to sobie z piłkarzami już na pierwszym spotkaniu, przed sparingiem z Danią. Powiedziałem wtedy publicznie, że moim jedynym wrogiem jest czas. Dostałem go bardzo mało, a piłkarze na zgrupowania przyjeżdżają z bagażem różnych trosk klubowych, pokaleczeni na ciele albo duszy. Czasu zabrakło nam przed meczami z Finlandią i Serbią, ale i tak widać było, że drużyna rośnie. Spaja się, rozwija.
Dopiero z Portugalią udało się zagrać tak, jak sobie założyliśmy. To udowadnia tezę, którą postawiłem pierwszego dnia pracy - polscy piłkarze mają nie mniejszy talent niż rywale. Trzeba tylko tchnąć w nich pewność siebie i powiedzieć im, jak grać.
Jak Pan to zrobił?
- Przede wszystkim zmieniłem filozofię, jaką kierowali się gracze. Nie ma drużyny bez własnej filozofii, trzeba w coś wierzyć. Do meczu z Finlandią podeszliśmy z tymi samymi pomysłami jak do meczu z Portugalią. Z Finami nic nam nie wyszło, ale to nie znaczyło, że filozofia była zła. Musiałem tylko popracować z zawodnikami, by lepiej ją zrozumieli, i zaczęli wreszcie grać zgodnie z nią.
Cały czas twierdzę, że kluczem do zwycięstwa jest posiadanie piłki. Jeśli ją straciłeś, odbierz natychmiast i podaj do przodu. Celnie. W większości polskich klubów zawodnicy po stracie piłki cofają się i bronią, by nie stracić bramki. Tymczasem lepiej jest odzyskać piłkę i zaatakować, by to przeciwnik się bronił. Nie podoba mi się też, że w Polsce wszyscy upierają się przy długich podaniach. Ledwo przejmie ktoś piłkę, od razu długi, daleki wykop. Do kogo i po co? Futbol polega na celnych podaniach i przeprowadzeniu piłki spod własnej bramki, przez linię pomocy, pod bramkę rywala, tak żeby stworzyć jak najgroźniejszą sytuację. Dać napastnikom jak najlepszą okazję do zagrożenia bramce rywala. Tego zacząłem wymagać od polskich piłkarzy od pierwszego spotkania. A potem musiałem już tylko natchnąć ich pewnością siebie.
Po klęsce z Finlandią przyszedł niezły mecz z Serbią, a po zwycięstwie nad Kazachstanem rewelacyjny z Portugalią. Jak Pan motywował graczy?
- Przekonałem ich, że mają powody, by czuć się pewnymi siebie. Traktowałem ich jak ludzi, nie uznaję obrażania piłkarzy, okazywania im braku szacunku. Wrzeszczenia do nich z ławki najbardziej obelżywych rzeczy, jak mają w zwyczaju niektórzy trenerzy, którzy przy linii bocznej dają prawdziwy show. Tak nie można, przecież zawodnicy chcą zwycięstwa tak samo, jak trener. Bardzo łatwo jest zniszczyć piłkarza. Moim zadaniem było wzmocnić ich mentalnie.
Popatrzcie na Błaszczykowskiego. Trzy tygodnie przed meczem z Kazachstanem był rozbity psychicznie. Miał konflikt z mediami, nie wierzył w siebie. Przyjechał na zgrupowanie smutny i zamknięty w sobie. Po trzech dniach mieliśmy znów roześmianego Błaszczykowskiego, a z Kazachstanem i Portugalią był pewny siebie i zagrał świetnie. Tyle mogłem zrobić. Nie mam czasu, żeby przygotować zawodników fizycznie, o to muszą zadbać sami w klubach. Mogę zadbać tylko o ich stan psychiczny. I nakłonić ich, by poświęcili wszystko drużynie.
Jak Pan to osiąga? Indywidualnymi rozmowami z każdym zawodnikiem?
- Nie z każdym, tylko z każdym, który tego potrzebuje. Widzę, kto potrzebuje pomocy - po języku ciała, na twarzach, w oczach. Skoro już powołuję piłkarza, to znaczy, że obdarzam go zaufaniem. I on, skoro przyjeżdża, chce w rewanżu dać z siebie wszystko, ale czasem nie jest w stanie - z różnych powodów. Muszę mu wtedy pomóc.
Nie jestem zwykłym facetem od przeprowadzania treningów. Jestem coachem, a to coś więcej. Coaching to takie prowadzenie ludzi, zarządzanie nimi, by jak najlepiej wykonali swoje zadanie. Moją rolą jest stworzyć im możliwie idealne warunki, a potem zbudować drużynę, która osiągnie sukces. Podczas zgrupowania jestem skoncentrowany na swojej pracy 24 godziny na dobę. Nie przesiaduję w barze, wolę spędzać czas z piłkarzami. I tylko z nimi. Narobiłem sobie tym zresztą wielu wrogów, bo odizolowuję drużynę w hotelu od działaczy, dziennikarzy, kibiców. Nie robię tego, by coś ukryć. Chcę stworzyć taką atmosferę, która pozwoli skoncentrować się wyłącznie na meczu. Nie toleruję w hotelu 20 obcych facetów, którzy zabierają czas, dekoncentrują, odciągają uwagę.
Mówi Pan, że nie ma Pan wpływu na przygotowanie fizyczne. Ale dawno nie widzieliśmy naszych piłkarzy tak silnych, biegających przez 90 min, jak z Portugalią. Nikt nie prosił o zmianę po godzinie jak podczas mundialu. Nikt "nie oddychał rękawami" jak w meczu z Ekwadorem. Jak Pan to osiągnął?
- Zmęczenie to stan psychiczny, a nie fizyczny. Rozejrzyjcie się. Zawodnik zasuwa 90 min jak koń. Haruje, wypruwa flaki. W doliczonym czasie gry strzela zwycięskiego gola. I w szale radości przebiega 100 m w rekordowym czasie. Gdzie jest wtedy jego zmęczenie? Zniknęło! A teraz wyobraźcie sobie, że wy dwaj jesteście zmęczeni. Nieludzko. Ale tam w bloku po drugiej stronie ulicy widzicie pożar. I dwójkę uwięzionych dzieci. Od razu zapomnicie o zmęczeniu. Naładowani adrenaliną biegniecie je ratować.
Kiedy prowadziliśmy 2:0 z Portugalią, żaden zawodnik nie czuł zmęczenia. Polscy piłkarze jak wszyscy na świecie bardzo chcą wygrywać. Kiedy czują, że grają bardzo dobrze, dociera do nich niesamowita atmosfera z zachwyconych trybun, to wyzwala w nich dodatkową energię, a nawet odporność na ból. Znów przywołam Błaszczykowskiego. Normalnie byłby szczęśliwy, gdybym wymienił go po 60 min. Kiedy zmieniałem go z Portugalią, był nieszczęśliwy: "Trenerze, Jezu, dlaczego?". Udało mu się osiągnąć ten idealny stan - skoncentrować na wielkim celu i konsekwentnie do niego dążyć.
Pożar to sytuacja ekstremalna. Czy to oznacza, że nauczył Pan piłkarzy traktować występy w kadrze jako wydarzenie skrajne, absolutnie najważniejsze?
- To jedyne możliwe podejście, jeśli ktoś chce grać na najwyższym poziomie. Futbol to praca, ale przede wszystkim pasja. Tak jak kobieta, która nie można być trochę w ciąży. Albo jest, albo nie. Jeśli futbol nie jest dla kogoś pasją, tylko sposobem zarabiania pieniędzy, niech się zajmie czym innym. A przynajmniej niech nie pracuje ze mną. Ja chcę mieć do czynienia tylko z profesjonalistami. Powiedziałem piłkarzom, by byli ze mną szczerzy. "Jeśli nie chcecie się angażować na 100 proc., nie macie ambicji, jedźcie do domu. Życzę miłej kariery, ale nie ze mną, ja tak nie umiem pracować".
Źródło: Gazeta Wyborcza